NewYorkPolonia >> Article
Send Fresh Flowers Worldwide
Przygoda Zabawki w Europie

Posted on: December 15, 2013

Przygoda „Zabawki” podczas dookoła Europy”
Wstęp: Żeby być szczęśliwym trzeba spełnić swoje marzenie. Jest to jedna z definicji szczęścia. Myślę, że jestem szczęściarzem gdyż spełniam marzenie mając stałego sponsora od pierwszej podróży dookoła świata, którą odbyłem 35 lat temu małym volkswagenem garbuskiem o imieniu „Pryszcz”. Podróżuję od dziesiątekleci ze swoim wypróbowanym sponsorem, który nigdy mnie nie zawiódł – tym sponsorem jest moja „własna kieszeń”.
Fakt odbycia następnej podróży pojazdem, który nabyłem z ulicy przy pomocy sponsora przedstawiłem poniżej ze streszczenia książki pt. „Kontynentami dookoła świata 8-4 Europa”.
Kilkumiesięczna zabawa z „Zabawką ”, tzn.: z „Volvo 460”
Wierząc ustnej gwarancji eksploatacyjnej właścicielowi, stałem się nabywcą zakurzonego samochodu marki Volvo stojącego na parkingu, który wpadł mi w oko. Nowy nabytek za 1500 USD, stał się moim stalowym przyjacielem przez następnych kilka miesięcy w nieznanym świecie i otrzymał imię „Zabawka-3”. Było to 17-letnie Volvo-460 (1995) z 240 tysiącami przejechanych kilometrów, koloru ciemnozielonego.
Żeby być pewnym kondycji mechanizmów ostatecznie sprawdziłem u autoryzowanego dealera. ..Trafiłem pod adres „Dom Volvo” w Warszawie. Kierownik warsztatów Adam Radzik wydał decyzję: „Pomożemy, żeby ta samotna podróż przebiegła bez przykrych niespodzianek. Proszę podstawić samochód do przeglądu technicznego”. Z dobrym samopoczuciem wyjechałem w czerwcu 2012 roku spod swojej kolebki na Targówku w siną dal na kilka miesięcy „Zabawką” pokrytą kolorowymi naklejkami, będącą zarazem transportem, domem, biurem i hotelem w podróży. Dzięki wyposażeniu w GPS AutoGuard of Poland zainteresowani śledzili w internecie trasę wyprawy.
Wyprawę rozłożyłem na etapy: I - Osiągnięcie Nordkapp, II – Północą Rosji do Uhta, III – Azymut - Istambuł, IV – Wokół Adriatyku, V – Od Sycylii do Gibraltaru, VI – Zachodem Europy, VII – Dookoła Wielkiej Brytanii, VIII- Powrót do domu.
Zachodnio-północna Europa. Pierwszym docelowym miastem był Hamburg, obrany za punkt zerowy przecięcia się linii okrążającej Europę. Stan licznika wskazywał 244,750 km.
Po śniadaniu popędziłem przez Danię i dalej promem do Geteborgu w Szwecji. Do Oslo pojechałem drogą E18 by brzegiem fiordowych wcięć lądu udać się w stronę Nordkapp – mekki wszystkich podróżników na północy Norwegii. Był dzień w którym wjeżdżałem na promy aż sześć razy. Po drodze zatrzymałem się na chwilę oddać hołd przy pomniku bohaterskich marynarzy alianckich walczących o Narwik.
Nordkapp - nic specjalnego. Jest to półwysep, platforma mogąca pomieścić kilkaset samochodów. Dalej przez Kirkenes – miasto graniczne z Rosją, skierowałem się w stronę Murmańska widniejącego na drogowskazach po rosyjsku i angielsku.
Przez Rosję. Wyrwy i doły zwalniały prędkość nie wymagając dodatkowych znaków ograniczenia szybkości. Dodatkowym ograniczeniem szybkości jest pofalowana szosa wzdłuż i wszeż tak, że jadące samochody bujały się jak idące kaczki na boki. Czasami asfaltowa nawierzchnia kończyła się bez uprzedzenia znakowego i rozpędem wpadałem w doły podskakując i waląc głową w sufit „Zabawki” .Tak dojechałem przez Pietrozawodzk i Wielsk do Archangielska. Punktem docelowym pod górami Ural było miasto Uhta do którego jechałem z przeciętną szybkością 40 km na godzinę po piaszczystych, kamienistych i ze starym popękanym z dziurami asfaltem. Miałem odczucie, że osiągnę cel nie wiedomo kiedy. Jednym pocieszeniem były letnie białe noce, które wydłużały dzień. Dwa znaki na drodze wyróżniały się, to: „Zakaz wyprzedzania” i „Wyboista droga”. Im dalej na wschód tym miałem odczucie jakby Rosja była tylko drewniana z kiepskimi drogami. W Uhta zdecydowałem pojechć dalej, do miasteczka Sosnogorsk wysuniętego na północno-wschodniej granicy Europy, którego mapy nie pokazują. Przejechałem około 10,000 km po różnej jakości drogach. „Zabawka” przebrnęła te piekielne drogi w Rosji bez problemu. Z nowymi wrażeniami opóściłem Uhta udając się do Samary – miasta ostatniego na południu Uralu po stronie rosyjskiej. Jadąc wzdłóż gór mijałem miasta i wsie z innym charakterem, obyczajami i życiem ludzi zależnych od strefy społecznej i klimatycznej. Tak dobrnąłem po kilku dniach do Uralska – w Uzbekistanie leżącego na skrawku ziemi europejskiej.
Drogą do Soczi pojechałem na skróty i niemalże bym „Zabawkę” zniszczył jadąc w kurzu po kamienistej górskiej drodze. Musiałem przejść na defenzywną jazdę i przez godziny z szybkością piechura uparcie pokonać 30 kilometrowy odcinek. Na niektórych zakrętach zsuwałem się razem z kamieniami do tyłu z kręcącymi się kołami do przodu. Czułem momentami jak traciłem panowanie nad „Zabawką”. Pył dotarł wszędzie: nawet do oczu, nosa i uszu. Myślałem, że kiepskie drogi mam już za soba, ...ale to jest Rosja, trzeba było stale pamiętać, że niespodzianki czychają na okrągło. ...Gdy wyjechałem z tego zakurzonego piekła poczułem ulgę i satysfakcję mijając nowsze samochody stojące z awariami podwozia.
Znak – „Soczi 100 km” – ogarnęło zadowolenie, że odpoczynek po tej męczarni w spiekocie i kurzu przyjdzie wkrótce. ...Ale to w teorii. Samo południe, wąska droga jak ulica przepleciona bierzącymi remontami, sznur samochodów z dwóch stron powodowały na mijankach postoje i wydłużały jazdę w czasie. ...Po pięciu godzinach ślimaczej marszruty stanąłem w centrum miasta przyszłej olimpiady.
Już w Ukrainie. W planie: odwiedzenie miejsca historycznego w Jałcie - Pałacu Labińskiego w którym rozdano karty rozparcelowania Europy w 1945 roku na swoją korzyść przez dyktatorów: Roosevelta (USA), Cherchila (Anglia) i Stalina (Rosja) pomijając wszelkie prawa międzynarodowe. Ostanie 50 km przed granicą mołdawską były mordercze dla „Zabawki”. Przypadło mi jechać po ciemku po polnej drodze, gdyż zatrzymanie się na noc byłoby ryzykiem w tej okolicy dla mnie jak i „Zabawki”. Takie ostrzeżenie usłyszałem zaopatrując się w prowiant w jednym z przydrożnych sklepików. ...Przekroczenie mołdawskiej granicy nie różniło się od rosyjskiej. Trzymanie kilkugodzinne samochodów – to normalka. Trzeba było wykupić dodatkowo wizę i ubezpieczenie na kilkukilometrowy przejazd przez kraj.
Przy Morzu Czarnym. Oddech lekki w szybszym obrocie formalności przekroczenia granicy odczułem w Rumunii. I tak dojechałem do Złotych Piasków w Bułgarii. Słońce, szum fal, zielona woda zatrzymały mnie do wieczora na złotej plaży. Tam celebrowałem swoje urodziny.
Ostatni odcinek kikadziesiąt kilometrów krętej i kamienistej drogi, przed turecką granicą jechałem z szybkością 20 km/godz. Jadąc na skróty osiągnąłem wyczerpany miasteczko Malka Tarnowo, które wydawało mi się jak wyspa na pustyni. Obiad zasłużony w pięknej restauracji z basenem i hotelem. Droga do tej miejscowości od strony tureckiej nie pasowała swoją jakością. Tu Turcy przyjeżdżają na weekendy i po zakupy.
Turcja. Szeroką, gładką autostradą wjechałem do Turcji kraju łączącego dwa kontynenty. Pomimo, że ograniczenie prędkości wskazywało 70 km/godz max, to wszyscy gnali grubo ponad 100. Nie dało jechać się inaczej. Po kilkudziesięciu kilometrach znalazłem się nad Cieśniną Bosforową dzielącą Europę i Azję. ...Nie wyobraziłbym sobie być w Istambule bez odwiedzenia „polskiej kolonii” – Polonezkoy, którą znam od przeszło 30 lat. Opuszczenie dawnego „Adampola” byłoby grzechem. Pierwszy raz zajżałem tam podczas wyprawy VW-garbusem (1978). Drugi raz odwiedziłem dawny Adampol 15 lat temu jadąc dookoła świata Harleyem (1998). Obecnie okrążając „Zabawką” Europę nie sposób było przegapić kawałek polskiej ziemii leżącej już Azji.
W drodze powrotnej z mostu nad Bosforem skierowałem się na zachód by dotrzeć do największej budowli muzułmańskiej w tym kraju – „Błękitnego Meczetu” (Eminonu Sultan Ahmet), położonego na wzgórzu i widocznego z kilkudziesięciu kilometrów. Z krótkimi przystankami, brzegiem Egiejskiego Morza pojechałem przez Thessaloniki w stronę Aten. Ciekawił mnie tym razem półwysep Poloponezyjski. Objechałem go dookoła. Opuszczając go miałem dwie drogi do wyboru przedostania się na macierzysty ląd: jedna to tradycyjna promem, druga przez nowy wiszący most, który wybrałem z ciekawości. Wysoko nad wodą jechało się cicho po bujającym się moście, wiszącym na czterech masywnych filarach, podziwiając z perspektywy długą zatokę.
Przed granicą albańską złapała nas burza z piorunami, ulewny deszcz sparaliżował ruch. Utworzyły się rzeczki przepływające w poprzek dróg. „Zabawka” jak spychacz pokonywała głębokie na pół metra strumyki zadziwiając kierowców małych ciężarówek. Ja sam się dziwiłem, że z taką lekkością bez zalania silnika jechała pchając falę utworzonej wody przelewającej się po masce. Brawo dla stalowego przyjaciela podróży.
Albania była 135 krajem w moich podróżach. Nasłuchałem się o tym kraju co niemiara, że komunistyczny, że biedny, że okradają, że nie ma dróg. ...A tymczasem rozczarowanie dla wjeżdżającego turysty. Drogi już przed stolicą szerokie z nową nawierzchnią, prawie same mercedesy na drogach. Myślałem z początku, że to turyści z innych krajów. Lecz szybko, zmieniłem zdanie. W Tiranie marka niemiecka na codzień rzucała się w oczy. Krajobraz zmienił się poza stolicą. W jednym małym miasteczku droga wyglądała jakby łopatą asfalt położyli. Trzęsło całym samochodem. W pewnym miejscu, w świeżo nałożonym asfalcie, wpadłem z nienacka w dziurę i klops z jazdy, „Zabawka” usiadła na spodzie. Nie sposób było wyjechać. Musiałem wezwać kilku mężczyzn do pommocy. I przy pomocy belki wywindowano samochód na powierzcznię. Pojechałem dalej widząc po bokach dróg widoczne śmieciowisko ciągnące się kilometrami mijając pastuchów indyków i owiec. ...To był urok albański znany mi z opisywanych w książkach.
...Odbiłem od brzegu na Mastar by zajechać krętymi drogami pod górę, do Medugorie. Atmosfera niesamowita, wszyscy śpiewali, modlili się, oglądając telebim ze spotkań, niemalże przez całą noc. Miasteczko pielgrzymów z całego świata; bez nich by nie istniało. Przez Triest, będąc wolnym miastem w erze komunizmu, dojechałem do Wenecji. Turystów mrowie i brak miejsca na parkowanie skracało czas wizyty zmotoryzowanym. Drogą na południe zacząłem zamykać pętlę wokół Adriatyku.
Zajechałem do San Giowani Rotondo, do miejsca Św. Ojaca Pio, niesamowitego miejsca kultu chrześcijańskiej religii. Wybudowana w nowoczesnym stylu nowa katedra stała się domem na wieki ojca Pio gdzie spoczywa w klasztornej krypcie. Przez Bari, Lecce, Catanzaro wspaniałą drogą dotarłem do portu Reggio di Calabria na południu półwyspu skąd odbijają promy na Sycylię.
Północą Morza Śródziemnego. Było jeszcze słońce na niebie jak wjechłem „Zabawką” na prom do Messiny na Sycylii. Pojechałem na zachód w stronę Palermo. Choć jechałem drugi raz po tych samych miejscach to wydawało mi się, że jeszcze tam nie byłem. Pamięć nie wszystko utrwala a świat zmienia się szybko To wyspa dla wczasowiczów wędrowników i zakochanych, tam nie ma pośpiechu, tubylcy przyzwyczajeni do turystów, mają cierpliwość na wąskich i krętych drogach, nie poganiają, nie trąbią, czekają na dogodny moment wyprzedzenia. Czasami nie wiadomo czy jedzie się szosą czy ulicą. Drogi nie omijają miast, przelatują przez nie okrążając domy stojące na drodze. Przypadkowo zajechałem do mariny w Auola. W niej Polak Radek prawa ręka bosa, nie puścił mnie przez dwa dni. Więc skorzystałem z przyjemności pływania sprzętem.
Następną niespodziankę zrobiła mi „Zabawka” wjeżdżając bez problemu na najwyższy punkt w miasteczku Taormina zabudowanym domami przylepionymi prawie do pionowej skały. Wjechać wiechałem wązkimi i wijącymi się uliczkami, gorzej było zjechać bez mijanek w zapadłej nocy. Kosztowało mnie więcej zdrowia niż radości. ...Udało się zjechać bez otarcia o ściany lub samochody. Jest to miejsce turystyczno-wczasowe. Kawiarenek, restauracji, hotelików co niemiara, jedna na drugiej. Zamknąłem kilkudniową ciekawą przygodę wokół Sycylii w Messinie skąd promem wróciłem na macierzysty ląd.
Azymut - północ Półwyspu Appenińskiego. Pomknąłem brzegiem morza w stronę Monte Casino. Dojechałem do stóp klasztoru. Popatrzyłem z góry na polski cmentarz największy z wojennych cmentarzy, pomodliłem się za poległych.
. Do Watykanu wjechałem z rana. Zaparkowałem samochód niedaleko Bazyliki Św. Piotra na jednej z bocznych uliczek – Via della Conzilacione by udać się po poradę do szpitala. ...Wstąpiłem do Pisy by sprawdzić czy wieża nie upadła stanąłem „Zabawką” tam gdzie piesi tylko podchodzą. Ostatnim noclegiem na postoju przy autostradzie opuściłem kraj tysiąca mostów i tuneli. ...Południem lądu a północą Morza Środziemnego przejechałem przez Monaco, Niceę, Cannes i Marsylię w stronę Pirenejów. Nie zatrzymywałem się na zwiedzanie gdyż tam byłem wielokrotnie. Drogami przymorskimi nie da się szybko jechać z powodu ciągnących się plaż jednej za drugą i chodzących wzdłuż drogi urlopowiczów. Misteczka graniczne nie zmieniły wyglądu i atmosfery.
Wjechałem „Zabawką” na szczyt góry gibraltarskiej gdzie szlak turystyczny pozwolił. Kiedyś Harleyem dotarłem na szczycie góry do samego końca drogi. Obecnie płatny monopol turystyczny opanował wszystko. Nawet małpy żyjące luźno, bawiące się dawniej ze wszystkimi, obecnie są spędzone w obszar płatnych wycieczek. Kraj anglosaski należący do grupy „British Isles” odróżnia się stylem życia, obyczajami, językiem i walutą od otaczającej go Hiszpanii. Dla łatwiejszego poruszania się ruch jest prawostronny i przybyło więcej ulic jednokierunkowych.
Zachodem Europy. Z Gibraltaru pojechałem brzegiem Atlantyku Europy Zachodniej ku Wielkiej Brytanii.
W okolicy Lizbony zboczyłem w stronę Atlantyku do „Cabo da Roca” – miejsca najbardziej wysuniętego na zachód w Europie. Wyjechałem z pamiątkowym dyplomem. ...Dotarłem do Fatimy - pielgrzymów mrowie. Na specjalnym chodniku przed frontem katedry dużo osób sunęło na klęczkach modląc się gorliwie. Zaparkowałem „Zabawkę” na chodniku przed wejściem na plac. Gdy wróciłem policjant stał przy niej i czekał na mnie...
Z Portugalii wjechałem spowrotem w Hiszpanię i dotarłem do „Santiago de Compostela”, leżącego na drodze wyprawy. Ta monstrualna katedra położona na wzgórzu miasta widoczna jest z daleka. Do zwiedzenia potrzeba pół dnia. Wokoło słychać było różne języki pielgrzymów. Zmęczeni odpoczywali na placu, spali, kontemplowali czując się swojsko.
Plan podróży zaprowadził mnie do sakralnego miejsca od przeszło 150 lat, którym jest Lourdes we Francji. Słynna katedra znajduje się w kotlinie górskiej nad rzeką. Nie widać jej z daleka. Zszedłem na dół kotliny i oczom nie wierzyłem. Żeby objąć na zdjęciu cały front musiałem kikadziesiąt metrów cofnąć się do tyłu.
Dookoła Wielkiej Brytanii. Popędziłem na zachód w stronę „Lend’s End”. Jest to część angielskiego lądu wysuniętego w kraju najdalej na zachód. Przywykłem do poznawania krańcowych kawałków ziemi w Europie mając porównanie co do zagospodarowania tych cypelków atrakcyjnych dla podróżników i turystów.
Cypelek jak inne ale innaczej zagospodarowany. Ciężko o wolny kawałek ziemi na budowlę. Wszystko zajęte, dużo biznesów, w tym sklepy, kina place do zabaw dla dzieci przyciągają turystów z daleka i bliska. Jadąc na północ przez Wales drogi ciągnęły się często przez zielone tunele z rozłożystych drzew i wpadały w Atlantic Higway. Czekała mnie droga na wyspę irlandzką.
Wyrobiłem się na prom „P&O” do Irlandii jeszcze za dnia. Suneliśmy przez dwie godziny po wzburzonym morzu wodolotem bujającym się łagodnie na boki do Larne – portu w Północnej Irlandii. Zdecydowałem okrążyć wyspę w lewą stronę aby odkręcić szyję w drugą stronę dla równowagi. Deszczowa pogoda zwolniła jazdę po drogach podobnych w Anglii. W drugim dniu jazdy zobaczyłem znak 100 km / godz. To oznajmiało, że wjechałem na teren Irlandii - kraju z innym system miar. Od tej pory nie musiałem przeliczać mil na kilometry i mogłem precyzyjniej określać sobie jazdę w czasie. Wstąpiłem po drodze do Dublina – stolicy Irlandii. ...Następny dzień jazdy i znalazłem się w Belfaście – stolicy Północnej Irlandii, wchodzącej w skład Zjednoczonego Królestwa. Z Belfast promem udałem się na brzeg Szkocji i pojechałem zachodnią stroną przełęczmi pomiędzy górami nad rzeką by nacieszyć się widokiem dzikiej przyrody górskiej wyłaniającej się z chmur i mgły. Okrążyłem Szkocję od północy po drogach z widokiem na morze. Wracając wschodnim wybrzeżem w stronę Edynburga wstąpiłem do Stone Haven podziwiając stary XVII wieczny zamek z fortyfikacją.
Powrót do domu. W ulewnej nocy dobił prom we Francji do Dunkierki. Nie czekając do rana pojechałem błądząc po przyportowych drogach do Belgii i północną drogą do Hamburga by przeciąć linię pętli wokół Europy na Placu St. Pauli w rejonie znanej makiety Beatlesów z 282,127 km na liczniku.
Ucieszony i szczęśliwy, że wyprawa wokół czwartego kontynentu celebrująca 20 lecie mojego „Centrum Wagabundy” w Arizonie, USA zakończyła się pomyślnie bez większych przykrości. Opuściłem Hamburg w stronę Świnoujścia. Dalej przez Koszalin i Gdańsk wróciłem do punktu startu w Warszawie. GPS AutoGuard odnotował szlak podróży dookoła Europy imponująco na mapce dostępnej dla każdego w internecie. Anioł Stróż miał mnie cały czas w opiece. Bywało różnie, nie zawsze lekko i bezpiecznie w tej solowej eskapadzie.

Troszkę statystyki:
Upłyneło 100 dni samotnej podróży dookoła Europy po jej obrzeżach. Przejechałem około 38,598 km od startu w Warszawie. Przeciętna szybkość – 385 km / dzień. Sędziwa „Zabawka” (Volvo-460, 1995) mająca przeszło 280 tys km na liczniku spisała się imponująco, Przejechane kraje to: Niemcy, Dania, Szwecja, Norwegia, Rosja, Ukraina, Mołdawia, Rumunia, Bułgaria, Turcja, Grecja, Albania, Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Słowenia, Włochy, w tym San Marino, Sycylia, Watykan, Monaco, Francja, Hiszpania, Gibraltar, Jersey, Anglia, Wales, Man, Północna Irlandia, Irlandia, Szkocja (140 kraj w moich podróżach), Belgia, Holandia, Niemcy i Polska (razem 34 kraje).
Wydatki: Volvo-460 (1995): kupno - 1,500.- USD, remont i części, naprawy po drodze – 3,000 USD
Paliwo – około 8,000 USD, transport, żywność, hotele – 3,500 USD
Szpital (4 dni), lekarstwa – 700 USD, Inne wydatki – 500 USD Razem około – 17,200 USD
Wypadków – 0, zderzeń – 0, przebić opon – 0
„DOM VOLVO” – naprawa i części – wartość 2,600 USD, GPS AutoGuard Poland –
użyczenie gratis systemu nawigacyjnego i pozycyjnego.
Myśłę, że promocja 17-letniego samochodu po drogach czasami niewidocznych na mapie udała się w 100%. Gdy dojechałem północnymi bezdrożami Rosji odwiedzając Murmańsk i Archangielsk do Uhta i Sosnogorska – ostatniego miasta na północno-wschodniej stronie pod górami Ural wszyscy dziwili się jak ja tam się znalazłem takim starym osobowym samochodem. ...A to dzięki Bogu, że była słoneczna pogoda i drogi nie były nasiąknięte wodą. Udało się, starszy kierowca i starszy samochód jakoś się dogadywali pokonując niebezpieczeństwa i nierówności terenu.
Po zameldowaniu się w miejscu startu w Warszawie powitanie i gratulacje. Następne dnie wypełniły spotaknia towarzyskie i konferencja prasowa. Szkoda było przemilczeć stylu w jakim wykonałem ten rajd nie mający konkurencji. Stalowy przyjaciel pozostał pod opieką entuzjasty moich dokonań – Wiesława Mrówczyńskiego, nestora rajdowego jak i dziennikarza. Ten facet wie i czuje moje dokonania mówiąc, że moje wyczyny nie mają równych w świecie, tylko nie może zrozumieć dlaczego w ojczystym kraju są tak pomijane przez mass media zachłystujących się niemalże - obcymi osiągnięciami. ...Powróciłem do domu w Arizonie.
* * *
Jeszcze raz o drogach
Dlaczego wybrałem kierunek okrążenia Europy z zachodu na wschód? Po prostu, najgorsze drogi były w planie na początku wyprawy mając na uwadze stary samochód wyeksploatowany przez 17 lat w polskich warunkach drogowych i pogodowych.
Już na samym początku w Rosji, po przekroczeniu granicy fińskiej nawierzchnia dróg dała się we znaki. Niby asfalt pokazany na mapie a w rzeczywistości księżycowe jamy ciągnęły się setkami kilometrów. Jadąc dalej - doły, wyrwy, dziury na drogach były do siebie podobne i trzeba było je pokonać. Po takich drogach dobrze by było odbyć wyprawę jakimś terenowym samochodem a na to nie było mnie stać.
..Zostały na zawsze w pamięci przejechane drogi północnej Rosjii, piaszczyste ze sterczącymi ostrymi skalnymi wierzchołkami nie wyglądającymi groźnie. Najechanie z szybkością na taki mało widoczny kamień doprowadzało do awarii przegubów, drążków kierowniczych lub w najmniejszym stopniu do przebicia opony i postój murowany. O pomocy drogowej nie było mowy. ...Na szczęście mnie to ominęło. Nie bałem się wyzwania jazdy po drogach rosyjskich ale podszedłem do nich z respektem. Wykorzystałem swoje wieloletnie doświadczenie jazdy i temperament by szybkość zredukawać do zera jak przyszła konieczność.
Po osiągnięciu Sosnogorska, którego mapy drogowe świata nie pokazują, odczułem pewną ulgę. Od tego miasta wracałem nieco swobodniej na południe Uralu ale ciągle skoncentrowany. Odprężenie nastąpiło, kiedy wjechałem w granicę dróg Unii Europejskiej. Tylko przypadkowo można było zahaczyć o drobne nierówności, jak to zwykle bywa. W byłych krajach „Zachodniej Europy” jechało się z maksymalną szybkością tak w dzień jak i w nocy, byle by nie przekroczyć „radarowej” prędkości.
Po stu dniach okrążenia Europy wróciłem do Polski zadowolony, zdrowszy psychicznie i optymistycznie nastawiony do życia jak i przyszłej podróży, którą będzie okrążenie Australii po jej obrzeżach z moim dobrym Aniołem Stróżem, „stałym sponsorem” i z towarzyszącym GPS AutoGuard-Poland, który towarzyszy mi w podróżach światowych od 2008 roku... - Andrzej „Jedrek” Sochacki (7 x dookoła swiata)


Source: Joanna Marciniak
Martin Transports International
CalPolonia
AzPolonia